O tym, że z żadnej chmury żaden deszcz

07-06-2011

Witam serdecznie z Zamku, który w przeciwieństwie do zamków tradycyjnych zapewnia przed ukropem taką ochronę, jaką parasol zapewnia przed spadającą z nieba cegłą. Witam serdecznie w tygodniu, w którym piegi pojawiają się na twarzy równie często i gęsto, co psibiśniegi na trawnikach po pierwszych roztopach. Witam serdecznie w tygodniu, w którym co drugi dzień nie ma już na szczęście turnieju piłki nożnej, który zwykł budzić mnie o nieludzkiej dwunastej rano, w dodatku po nocy intensywnej „nauki”.

Tydzień ten szczęśliwie poprzedziło krótkie tête-à-tête na plaży w miłym towarzystwie. Z mniej miłych spraw – tête-à-tête poprzedziło z kolei pięć kolokwiów i projekt, ale to może trzeba przemilczeć (chociaż muszę nieskromnie wspomnieć, że chyba tak bezproblemowo na studiach to jeszcze mi nie szło). Najważniejsze jest to, że teraz już z górki (oby) do końca sesji i będzie można się zająć praktykami, a potem z kolejnej górki i będzie można robić zdjęcia, a że ręce mnie swędzą przeokrutnie na samą myśl, to trzeba by zacząć powoli coś planować.

Od tygodnia przygrywa mi nowa płyta Myslovitz. Już wcześniej chyba trąbiłem, że po takiej przerwie od ostatniego albumu, po rocznej przerwie w działalności i innych takich dziwnych wypadkach Rojkowa ekipa będzie musiała naprawdę spiąć poślady i wziąć się do roboty, żeby nie zawieść moich oczekiwań.

Myslovitz - Nieważne jak wysoko jesteśmy

Myslovitz - Nieważne jak wysoko jesteśmy, okładka płyty

Pięć lat to wystarczająco dużo czasu, żeby skonstruować nowy, mocny zestaw piosenek. Zespół, który kojarzony jest głównie z „Długości dźwięku samotności”, czy granego w nieskończoność przez radio „Scenariusza dla moich sąsiadów” odszedł znacznie od tego typu kawałków i nagrał krążek dojrzalszy i spokojniejszy, po którym mamy słuchające „Miłości w czasach popkultury” będą miały duży niesmak. Właściwie jedynymi mocniejszymi utworami są „Skaza” i „Ofiary zapaści teatru telewizji”. Z tym, że pierwszy podejmuje temat galerianek, drugi z kolei kiboli, więc ciężko je uznać za przystępne i idealne do podśpiewywania w kuchni ;). Z kolei zakończenia tych utworów mają takiego kopa, że są to dla mnie kawałki obowiązkowo odpalane przy każdym włączeniu płyty. Genialny „Przypadek Hermana Rotha” (nieco radioheadowy, chyba przez perkusję kojarzący mi się z „Idioteque”) i „Srebrna nitka ciszy” pewno wpadną w ucho tym, którzy śledzili solowe poczynania Rojka, bo teksty w niektórych miejscach czerpią z „Wiatraczka”. „21 gramów” (z mocno osobistym tekstem) i traktujący o „kolekcjonerskich klaserach” kawałek o wdzięcznym tytule „Blog filatelistów polskich” kończą płytę. Nie wspomniałem o  „Ukryte”, który chyba leży mi najmniej na płycie, „Art Brut” oraz „Efekcie motyla”, które są nieco słabsze. Po szybkim podliczeniu wychodzi 9 kawałków… I to jest dla mnie największy niesmak. Myslovitz twierdzą, że mają materiał na dwie płyty (18 utworów) i jest on na tyle dobry, że obie obronią się same. Cóż, ciężko powiedzieć, żeby ten album był jakimś przełomem w działalności zespołu, wręcz przeciwnie – moim zdaniem lepiej byłoby skompilować najlepsze 12 piosenek, pozostałe 6 odstrzelić lub odłożyć na półkę. Ale ja pewnie nie znam się na muzyce lub/i pieniądzach, a ile ludzi tyle opinii ;) „Nieważne jak wysoko jesteśmy” to krążek mocny, ale nie idealny, niestety, a taki przydałby się po takim czasie. Wywiad z Myslovitz przeczytać można sobie tutaj.

Kto będzie chciał, ten po płytę chłopaków z Myslovitz sięgnie sobie sam. Ja, mimo że wczoraj był światowy dzień Slayera, dorzucam stary hicior odpowiedni do ostatnich upałów. Dużo piegów i zimnego piwa na plaży życzę ;)

  • bardziej do 15 step radioheadu :D