O tym, jak się podróżuje do Gdańska i z powrotem

04-11-2012

Dla rodowitych mieszkańców wielu z tzw. miast studenckich brać studencka kojarzy się pewnie z hołotą, która od października do czerwca włącznie zajmuje się wykupywaniem całego asortymentu ze sklepów monopolowych, ćpaniem, przygodnym seksem i kilkoma innymi rzeczami, które spędzają sen powiek „starszym stażem”. Jeśli należycie do tych ostatnich właśnie, to pewnie zdziwicie się, jeśli wam powiem, że poza robieniem imprez stulecia w ciągu tygodnia (kiedy wy wstajecie do pracy) student walczy o przetrwanie próbując dojechać do swojej Alma Mater w trakcie weekendu.

Dzisiejszy wpis będzie wyjątkowy, bo o swoich podróżach opowiedzą również moi znajomi, których na Facebooku poprosiłem o wsparcie i wysyłanie swoich historii. Większość z nich odbyła się na trasie Kwidzyn-Gdańsk. W linii prostej są to 72 kilometry, natomiast samochodem jest to (w zależności od trasy) około 100 km. Wydawałoby się, że wypad do domu po słoiki i z powrotem to betka, tak? To posłuchajcie Michała.

Chcieliśmy dostać się do Gdańska. Wyjeżdżaliśmy pociągiem, między 14:00 a 15:00. W Malborku pociąg spóźnił się trochę, normalka, chociaż trzeba wspomnieć, że była sroga zima (mrozy -10 i więcej). Nagle pociąg staje w szczerym polu gdzieś za Tczewem, ciemno jak w przysłowiowej d****. W przedziale było nas około 8 osób i jeszcze dwie grupki studentów po 3 czy 4 osoby. Mija 20 minut, wszyscy poirytowani, pociąg dalej stoi. Mija godzina, wszyscy wkurzeni, bo stoimy w zime na mrozie, a drzwi w pociągu otwarte. W końcu każdemu zachciało się do kibelka, no i pojawił się problem – w kibelku siadło światło i wszystko było mokre… Warunki hardkorowe, ale wszyscy, którzy mieli potrzebę dali sobie radę. No i trójka tych studentów, którzy siedzieli obok, stwierdziła, że oni w tym kibelku lać nie będą i potrzebę załatwią przed pociągiem. Cały czas siedzieli na bluzach, no i tak wyszli z pociągu. I DOSŁOWNIE 3 sekundy po tym jak wyszli (bez toreb, na bluzach) drzwi bez żadnego ostrzeżenia zamknęły się i pociąg po dwóch godzinach postoju w kompletnych ciemnościach ruszył. Z Kwidzyna wyjechałem około 15:00 a o 22:00 wszedłem do mieszkania w Gdańsku.

Pomijając nawet aspekt humorystyczny (cóż,  na pewno nie do końca zabawny dla tych, którzy zostali) trzeba przyznać, że podróż „nieco” się przeciągnęła. Za autentyczność opowieści dałbym sobie uciąć rękę – z Michałem mieszkałem wtedy i faktycznie dotarł koło 22:00. To daje nam jakieś 100 kilometrów w 7 godzin, dajmy na to. Wydawałoby się, że mimo takiej ilości straconego czasu przynajmniej można spokojnie posiedzieć? Zapomnijcie, że usiądziecie na tyłku, zaśniecie, a obudzicie się na końcu trasy. Emilka nie miała tak lekko.

Ruszyłam pociągiem z Kwidzyna do Malborka. Okazało się, że pociąg, do którego miałam przesiąść się w Malborku, jedzie tylko do Tczewa. W Tczewie natomiast podstawiono 4 autobusy, którymi dojechaliśmy do Gdańska Głównego. Tam przesiedliśmy się do innego autobusu i dojechaliśmy do Oliwy. W Oliwie kolejna przesiadka, potem jeszcze jedna w Sopocie, bo nikt nie powiedział nam, żeby przesiąść się od razu do pierwszego autobusu, a przewoźnikowi nie opłacało się jechać trzema prawie pustymi autokarami do Gdyni.

Jeśli nie walnąłem się przy liczeniu, to daje nam to jakieś… 5 przesiadek? Nie mówiąc o tym, że prysnął czar telepania się rozklekotanym pociągiem. Czar ten pryska swoją drogą bardzo często. Również z racji tego, że… nie da się wejść do pociągu. Oto historia Ani.

Jazda do Gdańska zimową porą, oczywiście z przesiadką w Malborku. Brak możliwości wejścia do pociągu, który wg rozkładu w internecie miał być podstawiony w Malborku (rzeczywiście jadący z Warszawy). Podstawienie z mega wielką łaską autobusu dla reszty, no i co za tym idzie jazda do Tczewa, gdzie czeka się na pociąg jadący tylko do Gdańska Głównego. Ludzie jadący do Gdyni musieli ponownie się przesiąść, tym razem na SKM.

To, że podczas przesiadki (szczególnie w okresie zimowym) nie da się wejść do pociągu to standard dla Kwidzyniaków emigrujących do Gdańska. Z własnego doświadczenia – kiedyś udało mi się wejść do środka tylko dlatego, że wraz z koleżanką otworzyliśmy drzwi od kibelka i całą podróż przestaliśmy w WC. Pozdrawiam Natalię serdecznie. Jestem ciekaw, czy to pamięta ;) Niestety nie zawsze ma się takie szczęście. Stać i czekać godzinę (albo i więcej) na następny pociąg w mrozie też kilka razy mi się zdarzyło (oczywiście w czasach, kiedy w Malborku nie było sensownej poczekalni).

(Jeśli czyta to ktoś odpowiedzialny za poczekalnię w Malborku – dorzućcie tam Wi-Fi, proszę!)

Niektórym zdarza się zostawić „fanty” na peronie, o czym opowiada Agata.

Pamiętam śmieszną, ale i nieco przykrą historię. O 7:33 na dworcu w Malborku kobieta weszła do pociągu relacji Elbląg – Gdynia Chylonia spytać się, czy dojedzie tym pociągiem do Gdyni właśnie. Dwóch staruszków wdało się w dyskusję i powiedziało kobiecie, że tym pociągiem nie dojedzie. Wytłumaczyłam jej, że pociąg kończy bieg w Chylonii, więc do Gdyni Głównej również jedzie. Jedzie dosłownie, bo drzwi zamknęły się i pociąg ruszył. Kobieta wpadła w popłoch i zaczęła biec w kierunku drzwi krzycząc, że zostawiła dzieci na peronie! :) Nie wiem jak skończyła się ta historia, ale pociąg nie zwolnił, a kobieta zniknęła w jego głębi. Wszyscy siedzący w tym przedziale spojrzeli tylko po sobie z lekkim uśmieszkiem.

Nie zawsze jest tak źle i często mimo niezbyt luksusowych warunków można całkiem ciekawie spędzić czas, o czym mówi Paweł.

Kiedyś wracając z Trójmiasta pociągiem, liniami Intercity( Gdynia – Malbork), siedziałem sam w przedziale, a że była już zima, to wieczorne podróże miały tę lekką aurę przerażenia i niebezpieczeństwa. I siedząc tak w przedziale rozmyślałem nad sensem własnej egzystencji przy rytmach Led Zeppelin, kiedy nagle do mojego przedziału wbiegło 3 „metali” ze swoją towarzyszką. Przyznam szczerze, że się trochę przestraszyłem. Ja sam, noc, zima, byłem zmęczony po ciężkim dniu itd., więc miałem stracha. Co się okazało? Okazali się koneserami piwa i dobrego filmu, tak więc wypiłem sobie z nimi piwko i oglądaliśmy „Cube”, o ile mnie pamięć nie myli.

Sam pamiętam, że kiedyś na pierwszym roku zdarzyło nam się zafascynować Fifą pana konduktora, który spędził z nami sporo czasu na dyskusji o grach komputerowych. Konduktor też człowiek, a najlepszą historię o takim człowieku serwuje Piotr.

Jak pewnie pamiętasz jeździłem kiedyś codziennie do Trójmiasta. Pamiętam jak to do przedziału wchodzili zawsze kanarzy i mówili „dzień dobry, bileciki do kontroli!”. Ale raz było inaczej. Wieczór, do przedziału wchodzi konduktor i mówi: „Dobry wieczór państwu. Tym razem nie będę prosił o bilety. Chciałbym państwu podziękować za wspólną podróż. To jest mój ostatni kurs. Z chwilą dotarcia do Malborka i wyjścia z pociągu przechodzę na emeryturę”. Facet zebrał owacje na stojąco, przeszedł się po wagonie, uścisnął wszystkim rękę i zebrał gratulacje. W Malborku wszystkie lokomotywy trąbiły na wiwat, kiedy nasz pociąg wjeżdżał na peron. Na konduktora czekała delegacja z kwiatami. Łzy, śmiech, świetna sprawa. Dla takich chwil warto żyć! :)

Jeśli podróżujecie do Gdańska Głównego to jesteście w całkiem niezłym położeniu. Chcecie dojechać do Wrzeszcza? Pewnie, tylko nie pomylcie pociągów przy przesiadkach.

Niestety trzeba mieć nieco doświadczenia w obcowaniu z rozkładem, żeby nie wpakować się w trzy przesiadki na odległości 100 kilometrów ;)

No tak, ale przecież można pojechać autobusem, prawda? Można, jeśli przynajmniej pół godziny wcześniej dotrzecie na przystanek. No i zostaje kwestia wątpliwej przyjemności jazdy z Panem z Fioletowego Autobusu, który za nic ma sobie uprzejmość w kontaktach międzyludzkich, za to lubuje się w naliczaniu opłat bagażowych według własnego widzimisię. Dlatego powrót do Kwidzyna autobusem pod koniec tygodnia z wyliczonym budżetem może nie być najlepszym pomysłem. Zawsze. Miejcie. Te. Trzy. Złote. Więcej. Wtedy być może uda się wrócić. Znaczy się – jeśli oczywiście sami zlokalizujecie sobie luk bagażowy i umieścicie tam torby tak, żeby nic się im nie stało ;) Nic złego nie da się powiedzieć o reszcie kierowców, dlatego też pewnie nie udało mi się zdobyć ciekawych historii z pekaesu. Moja jazda na schodach na leżąco to nuda i szkoda temu poświęcać więcej czasu.

Cóż, nikt nigdy nie mówił, że lekko będzie podróżować. Najlepiej podsumowała to Sylwia:

Podróż PKS/PKP do Trójmiasta (szczególnie w okresie świątecznym) jest dla studenta jak mekka dla muzułmanina – każdy musi ją odbyć przynajmniej raz w życiu, przeżyć swoje i ch**! :)

ps. Jeśli jedziecie samochodem i chcecie znaleźć pasażerów, bądź szukacie miejsca u kogoś w aucie – zapraszamy na https://www.facebook.com/groups/kwidzyntrojmiastokwidzyn/

  • Paweł

    Sporo można jeszcze napisać o podróżach do Torunia i dalsze części Polski :P Wiele tego było… pani kasjerka, jedyna na Toruń Miasto zostawiająca tabliczkę na moich oczach „wyszłam do pociągu” 10 min przed odjazdem bez możliwości zakupu biletu. Odłączony skład w Kutnie bez zainteresowania się pasażerami, którzy w nim zostali – jedynym wyjściem dojazdu do Łodzi na czas była taksówka :D Powrót z Kostrzyna gdzie nikt z obsługi począwszy od kas po konduktorów w pociągu nie miał kompletnej świadomości, że skład dojedzie do Torunia („niee, panie, do Bydgoszczy tylko, nie ma takie pociągu…”). Wariacki powrót z PW2011 gdzie trzeba było czekać od rana do wieczora na dworcu, ponieważ pociągi wcale nie opróżniały dworca z podróżnych. Skutkiem tego był powrót maksymalnie do Laskowic, a potem godzina snu przed pójściem do pracy w Kwidzynie. Kuszetki wyglądające w internecie nawet kusząco, a tak naprawdę dostanie się tylko koc od starca, który można ubrać w pseudo poszwę. Kible/szyby/przejścia między wagonami jak „Gwiazdy Tańczą na Lodzie”. Sauny, w których na golasa byłoby za gorąco, nie mówiąc o wieszaniu siekiery. Same totalne skrajności, a dworce to już w ogóle osobna bajka :D

  • „Kiedyś” to się zmieni, na pewno :D