O tym, że wszyscy się starzejemy, ale niektórzy nawet dorastają

19-06-2017

Są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom, a które przypominają mi o tym, że się starzeję. Siwe włosy u znajomych (ja nie siwieję, powiększam placki po obu stronach grzywki, bez dramatu), kierowca Ubera opowiadający o tym, jak „wyrzucił starą do rodziców”, albo fakt, że nikt nie pyta mnie już o dowód w sklepie i nie ma żadnej frajdy z kupowania piwa. Nie to, że boję się umierać (jestem ze szkoły Robbiego Williamsa – nie boję się, po prostu nie chcę), ale część z tych rzeczy powoduje u mnie dyskomfort, takie całkiem małe drapiące coś w całkiem niemałym brzuszku, na szczęście szybko zanikające.

Jedną z tych rzeczy są ożenki oraz uwertury do nich – wieczory kawalerskie. Nie zagłębiając się zbytnio w detale moich przemyśleń na temat legalizowania tego, że jest się z kimś innym do końca życia (albo rozwodu), to miewam mieszane uczucia. Z jednej strony – fajnie, że ktoś znajomy dorósł i podjął tak poważną decyzję. Z drugiej – to często początek rozmywania się przyjaciół w życiu rodzinnym, o co ciężko mieć pretensje. Z trzeciej – niektóre personalne wybory potrafią mocno zdziwić i ciężko je wewnętrznie przeboleć. (Chociaż samych zainteresowanych to – słusznie – guzik obchodzi).

W ten weekend miałem okazję być na weekendzie kawalerskim Bartka. Świetny, wyluzowany wypad z telefonem schowanym gdzieś w plecaku i rozmowy o 2 nocy nad jeziorem (bez trzymania się za ręce) upewniły mnie, że na szczęście są ludzie, którzy wiedzą, co robią. Jeśli dołożę do tego obrazka charakter Kasi i fakt, że Tinderowy super lajk to za mało, żeby ich opisać, to… No dobra i tak nie zrozumiecie, ale musicie mi zaufać.

Nie pozostaje mi nic innego, jak: Kasiu, Bartku, najlepszego, jestem o was spokojny!