O tym, że i tak wszyscy byli na święcie deszczu

Jestem raczej człowiekiem zdecydowanym, mianowicie zdecydowanie zbyt często próbuję robić rzeczy, które mają niewielki sens i szanse powodzenia równie wielkie, jak próba wciśnięcia Zenka Martyniuka na Glastonbury. Toteż żeby wszystek pieniądz władowany w zbyt późno kupiony karnet i hektolitry dwuprocentowego piwa, po którym szumi jedynie w pisuarze, nie poszedł na marne: piszę, żeby się pochwalić, że byłem na Openerze.

(Tu przerwa na nieśmiałe brawa, cmoktanie pełne podziwu i próby udawania, że to coś wyjątkowego).

Część z was pewnie miała okazję już być i to nie raz, ale i tak streszczę wam o co chodzi. Codziennie po południu lądujecie w Gdyni, robicie podśmiechujki z ludzi stojących w godzinnych kolejkach do odbioru opasek, chociaż na polu zajmuje to 30 sekund, a następnie stoicie w korku w środku zatłoczonego autobusu, oczywiście z wyłączoną klimatyzacją i zamkniętymi oknami. Tu jest jeszcze nieźle, bo często w trakcie tego etapu słońce puszcza oczko i w połączeniu z zimnym piwem uspokaja mózg, przekonany o tym, że brak płaszczaka może jednak ujdzie na – nomen omen – sucho. Następnie pogoda rozwiewa wszelkie wątpliwości i chodzicie w deszczu od namiotu do sceny głównej, po drodze zahaczając o piwo, słuchacie tych wykonawców, których wybiera niedemokratycznie większość ekipy i marudzicie na wszystkich innych. Jeśli jesteście mną, to marudzicie też na tych, na których nie wypada marudzić publicznie, bo mają już status artysty nieskalanego słabym utworem i wypada nawet cmoktać z aprobatą do dźwięków strojenia gitary. Taka smutna dola ludzi nie znających się na muzyce.

W pewnym momencie ogarniacie, że płaszczak uległ degradacji, zapomnieliście go wysuszyć albo ktoś wam go po prostu ukradł i łapiecie to co jest pod ręką, a nie przecieka, czyli najczęściej worek na śmieci. Główka, rączka, rączka i dzięki temu krótkiemu przerywnikowi rodem z porodówki znów nie mokniemy aż tak bardzo. To takie koncertowe 101 dla ludzi, którzy kiedyś mieli okazję wyjść z domu i musieli przy tym spędzić kilka godzin w deszczu, ale – jak donoszą moje koleżanki blogerki – teraz na „zakładać wora” mówi się „zostawać rasowym trendsetterem”. No nic, znak czasów.
Następnie, o ile nie śpicie w namiocie, czeka was powrotna podróż autobusem, SKMką i innymi środkami komunikacji miejskiej, nierzadko w towarzystwie młodych osób, których rodzice uznali, że wywalenie pięciu stów na bilet „na hajnakena” to niezła cena za cztery dni spokoju w domu. To jest też moment, w którym trzeźwiejecie całkowicie z wszystkich napojów pseudoalkoholowych wypitych tego dnia.

I tak cztery razy.

Jestem całkiem niezły w marudzeniu, ale prawda jest taka, że z dobrą grupą znajomych deszcz nie przeszkadza aż tak, piwa pić nie trzeba, z artystów można coś wybrać, a czas, który się spędza, jest czasem spędzonym dobrze. Polecam, Kamil Wysocki.

Zobacz komentarze