O tym, że minął kolejny rok

Cóż, kolejne 365 dni naszych żyć za nami. I choć nie przywiązuję mitycznej wagi do samego momentu zmiany daty, to jest to jednak wygodna klamra zamykająca kolejny okrągły etap. Wygodna do podsumowań, bo pozwala w niczym nieskrępowany sposób połechtać własne ego osiągnięciami ubiegłych miesięcy. Co i ja zamierzam, oczywiście. Choć wciąż bawi mnie myśl, że podsumowania sukcesów nie są raczej mile widziane w kraju, w którym chętniej większość populacji czytałaby o tym, jak mocno się komuś nie udało.

Jeśli chodzi o życie zawodowe, to czas zaktualizować listę - zrealizowałem niemal wszystkie cele, które obiecałem sobie osiągnąć przed trzydziestką. Zostało jeszcze kilka miesięcy, co znaczy, że jeszcze działam. Po cichu liczę na to, że tak jak ja jestem z siebie zadowolony, tak zadowoleni są wszyscy, którzy mają okazję ze mną współpracować.

Jak wiecie (lub wiedzą ci, którzy zaglądają tu dłużej), nie jestem nadmiernym fanem ekshibicjonizmu w sieci, jeśli chodzi o kwestie prywatne. To, co chcę i muszę zaznaczyć, to fantastyczna rodzina, na którą zawszę mogę liczyć i pewnie bez jej wsparcia zacząłbym uderzać głową w ścianę kilka razy w tym roku. Równie niezmiennie dobry, jak rodzina - choć przekorny - mam gust do partnerek. Cieszy mnie też grono doskonałych przyjaciół. Z niektórymi widzę się rzadziej, niżbym chciał, ale nie umniejsza to w żaden sposób mojej radości ze spędzania z nimi czasu. Mam nadzieję, że oni myślą o mnie choć w połowie tak dobrze, jak ja o nich.

Udało mi się w końcówce tego roku spotkać lub porozmawiać również z osobami, z którymi dawno nie miałem okazji, a jednak mają na mnie niemały wpływ, co także zapisuję jako plus.

Moja miłość do zabaw w kuchni - w różnej formie - nabrała jeszcze większej mocy. Zapewniam was, że istnieje gdzieś równoległy wszechświat, w którym stoję choćby na zmywaku w El Celler de Can Roca i czerpię z tego radość. Samo uwielbienie do jedzenia również nie osłabło, co traktuję jako miecz obosieczny. Pluszowy.

Kolejny raz wróciłem do biegania. I przestałem. I pewnie znów wrócę, żeby latem mieć jakąkolwiek formę do rzucania frisbee w parku Reagana.

Co przypomina mi też, że tegoroczne lato było świetne i długie. Tyle dni spędzonych na frisbee, grillach i plaży nie pamiętam chyba odkąd mieszkam w Gdańsku. Może to kombinacja pogody, wolnego czasu i odpowiednich ludzi, ale zupełnie poważnie - rzadko kiedy byłem tak zadowolony z ciepłych tygodni. Tylko roweru nieco mało. Do poprawy.

Jak dobrze wiecie, lubię pisać. Z jakim skutkiem, oceńcie sami (chociaż jest szansa, że jeśli to czytacie, to nie jesteście jednak zbyt obiektywni). Chciałem w 2018 zmierzyć się z czymś większym i bardziej regularnym niż cokwartalne wpisy na blogu. Zacząłem, ale po podzieleniu się tym z kilkoma najbliższymi osobami dotarło do mnie, że nie brzmi to jeszcze jakby to było moje, dlatego muszę sprawę i formę jeszcze przemyśleć.

Dowiedziałem się dlaczego i za co lubię niektóre rzeczy, muzykę, twórczość, wydarzenia, ludzi, zachowania, a dlaczego niektórych nie. I to trochę ustawia priorytety, co bardzo mnie cieszy. Za niespełna 10 miesięcy licznik wieku wskoczy w trójkę na pierwszej pozycji i wydaje mi się, że warto o sobie takie rzeczy już wiedzieć.

Jeśli chodzi o postanowienia noworoczne, to zgodnie z własną tradycją - nie robię. Jestem z osób, które leżąc wieczorem w łóżku rozważają 10 nowych pomysłów, a kolejne 10 skreślają, dlatego miałyby one raczej krótki żywot.

Gdybym miał podsumować miniony rok w jednym zdaniu, to brzmiałoby ono mniej więcej tak: niczego nie żałuję, niczego się nie wstydzę, a wiele udało mi się zrobić.

Czego i wam życzę na ten nadchodzący. Miłego 2019.

Zobacz komentarze